Recenzja książki Lilia - jak to z tymi debiutami jest

 Do debiutów podchodzę bardzo ostrożnie. Z jednej strony jestem ciekawa tego jak ktoś poradził sobie z pisaniem swojej pierwszej książki. Zdaję sobie sprawę, że wydanie takiej książki to jest spełnienie marzenia. Wielka radość dla autora i też strach jak książkę odbiorą czytelnicy. Z drugiej strony przygotowuję się na to, że książka może nie zachwycić. Ale przecież są też takie przypadki, że debiuty były tak udane i autor postawił sobie tak wysoko poprzeczkę, że kolejne książki były ciągle porównywane do tej pierwszej i nie były już takie dobre. Na przykład B.A. Paris "Za zamkniętymi drzwiami". Aż trudno uwierzyć, że ta książka to debiut. A jednak kolejne książki wydane przez tę autorkę nie były już takie dobre. 

Przeczytałam dużo książek debiutów, były książki udane, ale też i takie, których nie dało się czytać. Uważam, że nie każdy powinien pisać książki. Ale z drugiej strony nie dowie się tego jeśli nie spróbuje. 

Do książki Lilia podeszłam bardzo ostrożnie z założeniem, że mogę się rozczarować. Nie znany autor, nie znane wydawnictwo. Po opisie też nie spodziewałam się czegoś wielkiego.

"Lili – główna bohaterka – dostrzega wiele radości w życiu na wsi, zachwycając się jej pięknem. Miłość rodziców, przyjaźń i ciężka praca zrobiły z niej silną kobietę. Była świadkiem okrucieństw wojny. Leżąc na łożu śmierci, przy jednym wspomnieniu zatrzymuje się na dłużej. Widzi je przed swoimi oczami i łza, która spływa po jej pomarszczonym policzku, otwieraj jej serce… Wraca do czasów szaleńczej miłość, oddanej przyjaźni i odwiecznej tęsknoty, która towarzyszyła jej przez całe życie."

 

Książka napisana jest prostym językiem. Przedstawia starą kobietę na łożu śmierci, która wspomina swoje życie, młodość, wielką miłość i wielkie tragedie. Opowiada nam swoją historię. 
Na początku czytałam książkę z myślą, że pewnie i tak mi się nie spodoba. Zwykła prosta pisanina, wielka miłość, zwykła banalna historia, która wiadomo jak się skończy. Nawet chciałam już książkę odłożyć na półkę . Ale dobrze, że tego nie zrobiłam. Historia potoczyła się tak, że po prostu wbiła w fotel. A później nie było można się od książki oderwać. Dla niewielu książek zarywam noce, dla tej zarwałam. 
Na dodatek książka przepełniona jest wielkimi emocjami i potrafi wycisnąć niejedną łzę. 


W książce przedstawiona jest radość z małych rzeczy, celebracja codzienności. Radość z bukietu kwiatów z własnego ogródka, z zapachu kawy o poranku, z naleśników. Tak często w gonitwie dnia codziennego nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, które nadają sens codzienności. 
Z chwilą przeczytania książki nasunęłam mi się jedna myśl - jak to piękna książka. Tylko tyle i aż tyle.
Jednak warto dawać szansę debiutom.
Lubicie debiuty, czy też podchodzicie do nich ostrożnie?

Książkę odebrałam za punkty w serwisie Czytam Pierwszy
Numer akredytacji: 05/05/2020

Pozdrawiam





Komentarze

:)